Zrozumieć Murakamiego [WYWIAD]

Haruki Murakami to jeden z najwybitniejszych pisarzy współczesnych. Jego najnowsza powieść, "Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa", bije w Japonii rekordy popularności, w Polsce natomiast zadebiutuje już w listopadzie. O książce, a także ewolucji prozy pisarza, dziwnym seksie, trudnej sztuce przekładu i o tym, kogo naprawdę czytamy, gdy czytamy japońskiego mistrza opowiada jego naczelna tłumaczka, Anna Zielińska-Elliott.

Jak idzie tłumaczenie Bezbarwnego Tsukuru?
Już skończone.



Naprawdę? Kiedy książka trafi do sklepów?
Pewnie jesienią, ale nie wiem dokładnie. [Wydawca wskazuje listopad.]

Według Japończyka, powieść idealna to połączenie Dostojewskiego i Chandlera. Czego tu więcej?
Wydaje mi się, że ta przypomina raczej Paula Austera.

Początki kariery Murakamiego były niemal tak dziwne, jak opisywane przez niego historie. [W wywiadzie dla „Spiegla” z 2008, pisarz powiedział: „Był kwiecień 1978, oglądałem mecz na Stadionie Jingu w Tokio, świeciło słońce, popijałem piwo. Kiedy Dave Hilton z drużyny Yakult Swallows wykonał perfekcyjne uderzenie, zrozumiałem, że napiszę powieść”.] Za to olśnienie jego fani dziękują losowi do dzisiaj. A kiedy panią olśniło, że zostanie tłumaczką?
Mnie olśniło w 1987. To był akurat rok, w którym wyszedł Norwegian Wood w Japonii. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będę się zajmować tłumaczeniami. Najpierw przeczytałam kilka opowiadań Murakamiego i bardzo mi się spodobały. Zainteresowało mnie to, że na pierwszy rzut oka nie było w nich nic świadczącego o tym, że akcja rozgrywa się w Japonii. I ciekawa byłam jak to wyjdzie w tłumaczeniu na polski, więc przełożyłam je i pokazałam znajomym. Im również przypadły do gustu, dlatego postanowiłam, że może warto by spróbować… Potem przełożyłam powieść, Przygodę z Owcą, która do dziś pozostaje moją ulubioną.

Murakami znany jest z tego, że przestrzega bardzo ostrego reżimu pracy w czasie pisania – wstaje o czwartej, pisze przez sześć godzin ciurkiem, dalej uprawia sport i szybko kładzie się spać. A jak wygląda pani dzień?
Ja nie jestem tak zorganizowana, jak Murakami. I na pewno nie wstaję o czwartej nad ranem (śmiech). Tłumaczę wtedy, kiedy mam czas.

Z początku zakładałem, że praca tłumacza to bardzo ciężkie, samotne zajęcie, ale natrafiłem na pewną pani wypowiedź, która pokazuje, że bywa też zabawna. Chodzi mi o tego nieszczęsnego „siusiaka” z 1Q84
To chyba był „fiutek”, o ile dobrze pamiętam… Bo uznałam, że jednak „siusiak” nie pasuje. Nie uważa pan, że „fiutek” lepszy?

Obydwa określenia są rozbrajające. Przypomnijmy, chodziło o to, że w 1Q84 trzydziestoletnia Aomame podrywa mężczyznę w barze, pytając, czy ma dużego… no właśnie, i tu pada dziecinne określenie członka. Pojawił się problem, który pani postanowiła rozwikłać przy pomocy znajomych. W restauracji. I oto mamy: grupka dorosłych ludzi, co rusz parskających śmiechem na dźwięk, na przykład, słowa „fiutek”. W tle dziki wzrok kelnera, lekko zgorszeni goście... A to tylko prace nad tłumaczeniem być może przyszłego noblisty. Scena jak z filmu Woody’ego Allena! Często konsultuje pani tego typu zagwozdki z przyjaciółmi? I czy zawsze jest tak zabawnie?
W tym przypadku było zdecydowanie najwięcej kontrowersji, bo to taki temat, na który każdy ma wyrobione zdanie, swoje ulubione słowo i uważa, że inne w ogóle odpadają (śmiech). Dlatego konsultowałam to w większym gronie. Ale czasami podpytuję znajomych. Mam takiego kolegę, którego często proszę o radę, jak jakiegoś mężczyznę muszę tłumaczyć i brakuje mi wyrażenia. Na przykład, w Kafce nad morzem był taki specyficzny kierowca ciężarówki. Wtedy dzwoniłam do tego kolegi i pytałam:, „Słuchaj, co taki kierowca ciężarówki mógłby mówić charakterystycznego?” Bo po japońsku mówił z takim dość nietypowym akcentem i miał swoje powiedzonka, których się nie dawało dosłownie przetłumaczyć. Do tego przy 1Q84 dużo zaczęliśmy rozmawiać z tłumaczami europejskimi o zawiłościach prozy Murakamiego. Podobnie jest przy nowej książce. Stworzyłam nawet specjalny blog dla tłumaczy, gdzie dzielimy się rozwiązaniami, jakie zastosowaliśmy przy kłopotliwych fragmentach. Dawniej, jak się mówiło o współpracy tłumacza, to była to współpraca z autorem, a teraz – w przypadku dzieł Murakamiego – tłumacze współpracują również między sobą.

A jak wygląda współpraca bezpośrednio z Murakamim?
Jak mam jakieś pytania, to pisze maila do jego sekretarki, a on bardzo uprzejmie odpowiada. Teraz, na przykład, mam wątpliwości czy w jednym z opisywanych pokoi leżał dywan, czy wykładzina, więc muszę go o to zapytać. Użyte słowo jest takie, że może być albo jedno, albo drugie. Ale to nie tak ciekawe, jak „siusiak”.

Z którą powieścią było najciężej?
Chyba z Kroniką ptaka nakręcacza, przez tą scenę odzierania ze skóry…

Rola tłumacza jest niemal tak ważna jak rola pisarza? Amerykański tłumacz Harukiego, Jay Rubin, powiedział kiedyś: „Gdy czytasz Murakamiego, przez 95 proc. czasu czytasz mnie”, argumentując, że słowa pisarza ostatecznie filtrowane są przez mózg tłumacza, stając się jego słowami. Zgadza się pani?
Nie wiem, czy 95 procent, ale w sumie… jednak Murakami po polsku nie pisze, więc ten, kto czyta moje tłumaczenie, czyta mnie (śmiech). Mam nadzieję, że jest tam gdzieś jakiś taki ukryty język, jakaś głęboka struktura, która zostaje przekazana, ale jest przekazywana za moim pośrednictwem. Tłumacz nie jest niewidzialny. Może spotkał się pan kiedyś z takim przypadkiem, że przeczytał pan dzieło jakiegoś autora w tłumaczeniu pana X, a potem sięgnął pan po kolejną książkę w tłumaczeniu pana Y i już ta książka się panu nie podobała, ale nie wiedział pan dlaczego. Okazało się, że brzmi jakoś inaczej. To tłumaczenie pana Y mogło być nawet bardzo dobre, ale jeśli polubił pan pisarza w wykonaniu pana X, to język pana X automatycznie utożsamia się dla pana z głosem tego pisarza. W związku z tym, w wersji Y to już jest trochę inny pisarz.

Osobiście, muszę przyznać, że pani tłumaczenia są rewelacyjne – człowiek jest zahipnotyzowany tekstem, nawet wtedy, kiedy czyta – dajmy na to – fragment o gotowaniu spaghetti, który rozciąga się na 30 stron. Czuć tę magię. W wersjach amerykańskich bywa z kolei nudnawo…
Bo redaktorzy amerykańscy mają trochę dziwne przekonanie na temat tego, co zniesie amerykański czytelnik. To jest w ogóle zaskakujące podejście, bo tych czytelników amerykańskich jest, powiedzmy kilkadziesiąt milionów, więc zakładanie, że istnieje jakby reprezentatywny amerykański czytelnik, który ma określony gust jest trochę niemądre. Kiedy się czyta recenzje tłumaczeń, to się okazuje, że podobno amerykański czytelnik nie znosi żadnej nienaturalności, nie cierpi przypisów, że nie jest w stanie strawić książki dłuższej niż X stron… W związku z tym, na potrzeby amerykańskiego czytelnika książki są zmieniane. Na przykład w Kronice ptaka nakręcacza zostały zrobione poważne skróty, bo wydawnictwo uznało, że amerykański czytelnik nie przeczyta tak długiej powieści. W związku z czym tłumacz został poproszony o wykonanie skrótów i autor musiał się na to zgodzić. Podobnie było zresztą z 1Q84. Czasami zmienia się na przykład składniki jakiejś potrawy, żeby nie piętrzyć przypisów z wyjaśnieniem, co to za danie. Te tłumaczenia są odrobinę bardziej wygładzone, a moje są trochę chropowate, bo Murakami jest trochę chropowaty…

W jakim sensie?
Na przykład często używa dosłownie angielskiej składni albo tłumaczy dosłownie angielskie idiomy. I jeżeli taki idiom się przetłumaczy z powrotem na angielski, to on wtedy znika w tekście, prawda? A więc wrażenie, jakie odnosi amerykański czytelnik podczas czytania, jest zupełnie inne niż wrażenie, jakie odnosi czytelnik japoński, który czyta ten idiom przetłumaczony bezpośrednio na japoński i widzi, jak dziwnie brzmi w tym języku. Właśnie dlatego między innymi japońscy czytelnicy lubią Murakamiego – za tę dziwność. Ta dziwność, w pewnym sensie, w angielskim się rozpływa. Może nie cała, ale ten jej aspekt.

Właśnie, co takiego jest w tych jego powieściach, że ludzie za nimi szaleją?
Chyba każdy odnajduje w nich coś innego. Może atrakcyjne dla wielu osób jest to, że Murakami opisuje codzienne czynności, których inni by nie opisali, jak gotowanie makaronu i dostrzega jakieś drobiazgi, na które zwykle uwagi nie zwracamy. Nadaje im lekko surrealistyczny ton. A poza tym, często pisze tak, jakby pisał scenariusz, bardzo filmowo. Nie wiem, czy pan zauważył, że w ostatnim tomie 1Q84 cały wątek Aomame jest pisany w czasie teraźniejszym – po angielsku tego niestety nie ma, bo tam zostało to przetłumaczone na czas przeszły – a wydaje się, że jest to jednak zabieg celowy, bo bohaterka siedzi i czeka przez cały ten trzeci tom, czas jej się zatrzymuje. A jeszcze do tego czyta Prousta. Ten czas teraźniejszy brzmi bardzo scenariuszowo. I w sumie teraz chyba zaczyna panować moda na używanie czasu teraźniejszego w narracji. Możliwe, że ma to związek z tym, jak nasza kultura się zmienia, z tymi wszystkimi reality-shows, etc.

Przypomina to trochę grę komputerową…
Tak, to jest bardzo dobre porównanie. Zresztą Murakami kiedyś powiedział, że kiedy pisze, czuje się tak, jak ktoś, kto zaprojektował grę komputerową, a potem w nią gra, nie pamiętawszy już, że sam ją zaprogramował.

Osobliwa teoria. Co jeszcze mówi o swoim pisaniu?
Mówił też, że chce wywołać w czytelnikach fizyczną reakcję. Żeby, dajmy na to, kiedy czytają o jedzeniu, robili się głodni, kiedy czytają o piciu piwa, poczuli pragnienie, i żeby się podniecili przy czytaniu scen erotycznych. Liczy na to, że czytelnik fizycznie zareaguje na jego książkę i bardzo się cieszy, kiedy mu to wychodzi.

W 2011 roku Murakami dostał nominację do nagrody „Bad Sex Award”, przyznawanej za najgorszy seks w powieści. Zasłużenie?
No nie wiem, a pan jak uważa?

Pamiętam fragment w stylu: „Tengo dostał erekcję tak silną, że nie mógł jej zapobiec ani Sony, ani Cher, ani nawet trzycyfrowe mnożenie”. Wydaje mi się, że są to odrobinę pokraczne opisy, ale celowo – żeby wywołać śmiech.
Sama nie wiem… Zauważyłam, że on nigdy nie używa wulgarnych, ani dosadnych słów. Stosuje nawet bardziej kliniczne opisy niż ja w polskiej wersji. No, ale ja nie potrafię pisać „dotknął jej organu seksualnego”, bo to po polsku nie przejdzie! A on czasami używa takich zwrotów. Jest w tym bardzo zdystansowany…

Porozmawiajmy trochę o nowej książce.
To powieść w Japonii określana mianem powieści średniej długości, co oznacza, że ma jeden tom, liczący mniej więcej tyle stron, co Na południe od granicy, na zachód od słońca lub Sputnik Sweetheart. To nie powieść rzeka, jak ta poprzednia, a bardziej kompozycja zwarta. Napisana jest w trzeciej osobie i w tym sensie przypomina trochę Norwegian Wood. Niektórzy mówią, że to właśnie powrót do tamtych czasów. Na pozór jest w niej trochę mniej elementów fantastycznych. W tym też przypomina odrobinę Norwegian Wood...

A może pani uchylić rąbka tajemnicy odnośnie fabuły?
„MUZA” pewnie wolałaby, żebym za bardzo go nie uchylała (śmiech).

Nawet troszeczkę?
To jest o człowieku, który ma 36 lat i wspomina czasy licealne, kiedy miał grupę przyjaciół i… coś złego się wydarzyło. Po kilkunastu latach postanawia się z nimi spotkać. Żeby wyjaśnić to, co się wtedy stało…

Czy proza Murakamiego ewoluuje? Złośliwi mówią, że jego powieści to głównie znikające koty i żony. Ale odnoszę wrażenie, że coraz rzadziej…
Po pierwsze, wydaje mi się, że on zdecydowanie idzie w kierunku pisania w trzeciej osobie. Do tego muzyka odgrywa w jego prozie coraz większą rolę. W 1Q84 pierwsze dwa tomy składają się z dwudziestu czterech rozdziałów, opisujących naprzemiennie losy Aomame i Tengo. Strukturą przypominają zatem Dobrze nastrojony klawesyn (Das Wohltemperierte Klavier) Bacha, będący dwutomowym zbiorem preludiów i fug na instrument klawiszowy, zawierający po dwadzieścia cztery utwory w każdym tonie. W Klawesynie kompozycje stanowią pary oparte na tych samych dźwiękach w tonacjach dur i moll, co przypomina naprzemiennie ukazywane losy bohaterów. W tej najnowszej powieści muzyka też odgrywa dużą rolę, więc to jest nowy element. Oczywiście, muzyka zawsze była obecna w utworach Murakamiego, ale teraz ma siłę nieomal sprawczą.

A tematyka? Te pierwsze opowiadania, o których pani mówiła, były bardzo ogólne – ciężko było poznać, gdzie toczy się akcja; opisywały jednostki, ich samotność i borykanie się ze światem. Teraz Murakami jakby brał na tapetę problemy bardziej globalne.
Wiele napisano o tym, że w 1995 roku zaczął pisać inaczej – po głośnym ataku w tokijskim metrze i trzęsieniu ziemi w Kobe. Murakami wrócił wtedy do Japonii i do pewnego stopnia zaangażował się w działalność społeczną.. Dawał odczyty, finansowo wspierał ofiary tych tragedii. Napisał też dwie książki o atakach. Stał się pisarzem bardziej zaangażowanym. W 1Q84 szerzej pisał o sektach i przemocy w rodzinie. To są tematy, które już wcześniej poruszał, ale tylko jako sygnały – np. w Kronice… pojawił się już Ushikawa, który zresztą wyglądał dokładnie tak samo, jak Ushikawa w 1Q84. Już ten pierwszy Ushikawa wspominał, że bił żonę. Podobnie było w Po Zmierzchu, tam klient pobił chińską prostytutkę. Ale to były tylko krótkie epizody albo wzmianki, a w przypadku 1Q84 temu tematowi poświęcona została prawie cała powieść. Więc ma pan rację, wydaje mi się, że Murakami w taki bezpośredni sposób zaczyna poruszać problemy społeczne.

A czy coś się zmieniło w pani podejściu do tłumaczenia?
Wydaje mi się, że ja też ewoluuję. Właśnie ostatnio się nad tym zastanawiałam. Sądzę, że teraz mam w sobie trochę więcej odwagi, żeby się tak kurczowo nie trzymać tego, co autor napisał, jeśli to naprawdę dziwnie brzmi (śmiech). I czasami chyba trochę więcej mu zmieniam. Ale to nie znaczy, że zmieniam drastycznie, po prostu czuje się jakoś pewniej, bo teraz wydaje mi się, że wiem, jak to powinno brzmieć, więc może z większą odwagą podchodzę do tłumaczeń. Na przykład zmienię mu idiom, jak już mi się wydaje zbyt dziwny i uważam, że po polsku nie zadziała…

Pani najmniej ulubiona książka Harukiego?
Najmniej ulubiona? Właściwie nie wiem. Chyba najmniej ulubioną – choć nie powinnam tak mówić, bo tego nie tłumaczyłam – jest Na południe od granicy, na zachód od słońca. Ta książka powstała w taki sposób, że Murakami pisał Kronikę ptaka nakręcacza, która zaczęła się robić za długa, więc podobno postanowił wziąć kilka początkowych rozdziałów i zrobić z nich oddzielną książkę. A potem wrócił do Ptaka nakręcacza. Tak więc ta powieść narodziła się w dość nietypowy sposób i może dlatego wydaje mi się jakaś inna…

Murakami zażyczył sobie, by jego dwóch pierwszych powieści (Hear The Wind Sing i Pinball, 1973) nie publikować za granicą, bo nie jest z nich zadowolony – twierdzi, że dopiero Przygoda z owcą to pierwsza książka, w której ujawnił się jego niepowtarzalny styl. Słuszny kompleks?
Te książki są trochę bardziej młodzieńcze… ale moim zdaniem ciekawe, bo pojawiają się w nich elementy, które występują także w jego późniejszych utworach, więc fajnie jest zobaczyć, jak się zmieniał.
Trwa ładowanie komentarzy...